Jeden, to banan zanurzony w cieście naleśnikowym na wodzie bez jajka i czasem z odrobiną cukru trzcinowego (coś jak dalszy kuzyn naszych racuchów) i drugi. Ten to już misterium sztuki wyrabiania naleśnika na dwa sposoby do którego używa się ciasta z mąki ryżowej nie lejącego się jak przy naszych naleśnikach ale gęstszego, które w czasie wyrabiania ciągnie się jak kisiel i w trakcie zawijania ręką w misce tworzy błonę z której powstają jakby powietrzne balony :D. Następnie ciasto z miski nabiera się ręką i nakłada na stół z około dziesięcioma patelniami. Tworzą go garnki z żarem na których położone są "pokrywki" patelnie na których z kolei zwinnym ruchem rozmarowuje się trzymane w ręce ciasto naleśnikowe a po kilkunastu sekundach zdejmuje się gotowe naleśniki na których podaje się roztary banan z cukrem.
Drugi (tu potrzebne są już trzy osoby) sposób wyrabiania naleśników z tego ciasta polega na robieniu z ciasta kulek wielkości średniej moreli, które z kolei układa się na metalowym wysmarowanym olejem słonecznikowym lub kukurydzianym stole. Następnie zgrabnym ruchem rozpłaszcza się dłonią kulkę ciasta i przytrzymując ją jednym palcem dłoni drugą ręką za pomocą zwinnych obrotów dłoni w lewo i prawo ciasto rozprowadza się w powietrzu tworząc cienki prawie przezroczysty placek o średnicy około 40-50 cm (mistrzowie wyrabiania ciasta do pizzy nawiet do pięt nie dorastają birmańskim naleśnikowcom), który z kolei składa się tworząc kwadrat o bokach około 20 cm. Cały zabieg zrobienia naleśnika z kulki ciasta zajmuje może dziesięć sekund :D. Druga osoba teraz nakłada w naleśniki roztarty banan z cukrem (chociaż większym wzięciem cieszą się w Birmie naleśniki z zielonym a raczej zółtym groszkiem (green peas) (też tym się nie mogłem najeść takie to dobre) tworzac kopertę. Następnie jest ona wrzucana do oleju i smażona na złoty kolor dzięki czemu otrzymujemy "racucha" tak na oko 20x10x2 cm i na gorąco pałaszujemy. A potem po powrocie do domu z azjatyckich wojaży z rozrzewnieniem się wspomina smak tego kulinarnego cuda.
A jak z higieną przy robieniu naleśników? Powiem tak, miejscowi jedzą a biali fotografują i filmują. W każdym razie ja wybrałem opcję miejscowych, a co głodny miałem chodzić. A ile kosztowały takie racuchy? Za 75 amerykańskich centów (1000 kyatów) miałem 9 banawów smażonych w cieście lub trzy naleśniki z bananem lub groszkiem jeśli kupowałem na ulicy w lokalach już było drożej. Tam turyści płacili 1000 kyatów za naleśnika lub trzy banany w cieście, jakoś na te przyrządzane na ulicy patrzyli ze strachem

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz