poniedziałek, 27 listopada 2017

Birmańskie banany w cieście.

Myanmar (Birma), kuchnia przydomowa w Inwa ((Ava) w języku Pali, Ratanapura "Miasta Klejnotów" będącego w przeszłości stolicą Królestwa Ava (po upadku Imperium Paganu (Bagan) czy Pierwszego Imperium Birmańskiego) oddalonej od Mandalaj o 25 km (na południowy-zachód) i 7 km od tekowego mostu U-bein w Amarapura.) w trakcie smażenia na głębokim oleju bananów w cieście.

Banany w cieście to chyba jedno z najprostszych i najsmaczniejszych dań kuchni birmańskiej, tajskiej i dalej na wschód i południowy wschód Azji, chociaż te tajskie i birmańskie mnie najbardziej smakują. Były one robione na dwa sposoby.
Jeden, to banan zanurzony w cieście naleśnikowym na wodzie bez jajka i czasem z odrobiną cukru trzcinowego (coś jak dalszy kuzyn naszych racuchów) i drugi. Ten to już misterium sztuki wyrabiania naleśnika na dwa sposoby do którego używa się ciasta z mąki ryżowej nie lejącego się jak przy naszych naleśnikach ale gęstszego, które w czasie wyrabiania ciągnie się jak kisiel i w trakcie zawijania ręką w misce tworzy błonę z której powstają jakby powietrzne balony :D. Następnie ciasto z miski nabiera się ręką i nakłada na stół z około dziesięcioma patelniami. Tworzą go garnki z żarem na których położone są "pokrywki" patelnie na których z kolei zwinnym ruchem rozmarowuje się trzymane w ręce ciasto naleśnikowe a po kilkunastu sekundach zdejmuje się gotowe naleśniki na których podaje się roztary banan z cukrem.

Drugi (tu potrzebne są już trzy osoby) sposób wyrabiania naleśników z tego ciasta polega na robieniu z ciasta kulek wielkości średniej moreli, które z kolei układa się na metalowym wysmarowanym olejem słonecznikowym lub kukurydzianym stole. Następnie zgrabnym ruchem rozpłaszcza się dłonią kulkę ciasta i przytrzymując ją jednym palcem dłoni drugą ręką za pomocą zwinnych obrotów dłoni w lewo i prawo ciasto rozprowadza się w powietrzu tworząc cienki prawie przezroczysty placek o średnicy około 40-50 cm (mistrzowie wyrabiania ciasta do pizzy nawiet do pięt nie dorastają birmańskim naleśnikowcom), który z kolei składa się tworząc kwadrat o bokach około 20 cm. Cały zabieg zrobienia naleśnika z kulki ciasta zajmuje może dziesięć sekund :D. Druga osoba teraz nakłada w naleśniki roztarty banan z cukrem (chociaż większym wzięciem cieszą się w Birmie naleśniki z zielonym a raczej zółtym groszkiem (green peas) (też tym się nie mogłem najeść takie to dobre) tworzac kopertę. Następnie jest ona wrzucana do oleju i smażona na złoty kolor dzięki czemu otrzymujemy "racucha" tak na oko 20x10x2 cm i na gorąco pałaszujemy. A potem po powrocie do domu z azjatyckich wojaży z rozrzewnieniem się wspomina smak tego kulinarnego cuda.
A jak z higieną przy robieniu naleśników? Powiem tak, miejscowi jedzą a biali fotografują i filmują. W każdym razie ja wybrałem opcję miejscowych, a co głodny miałem chodzić. A ile kosztowały takie racuchy? Za 75 amerykańskich centów (1000 kyatów) miałem 9 banawów smażonych w cieście lub trzy naleśniki z bananem lub groszkiem jeśli kupowałem na ulicy w lokalach już było drożej. Tam turyści płacili 1000 kyatów za naleśnika lub trzy banany w cieście, jakoś na te przyrządzane na ulicy patrzyli ze strachem

niedziela, 24 września 2017

Wioska Ywama na jeziorze Inle.

Parafrazując opis do filmu „Człowiek słoń” D. Lyncha można powiedzieć tak. Krzysztof trafia przypadkowo do małego miasteczka Nyaungshwe nieopodal jeziora Inle, gdzie dowiaduje się, że w wiosce Ywama zamieszkałej przez ludność Intha (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „synowie jeziora”) wystawione są na pokaz trzy długoszyje kobiety z plemienia Padaung (z grupy Kayan Lahwi) nazywane obraźliwie „długoszyimi Karenami” lub „kobietami żyrafami” („les Femmes Giraffe”, tę nazwę wymyślili Francuzi). Bez chwili namysłu Krzysztof dobija targu z właścicielem łodzi i wypożyczając ją wraz z przewodnikiem, aby dokładniej przyjrzeć się temu co dzieje się we wsi...















                                                                     Przystań szybkich łodzi motorowych w Nyangshwe

Wioska Ywama znajduje się na jednej z wysp na jeziorze Inle (ang. Inle Lake). Położona jest ona w południowo-zachodniej części jeziora kilometr na północ od


pagody Hpaung Daw Oo znanej też pod nazwą Phaung Daw Oo.

Pierwsze wrażenie po dopłynięciu na miejsce i wejściu do domu było koszmarne. Mieszczący się na piętrze wielki pokój tak na oko cztery metry na dziesięć zamieniony jest w sklep z pamiątkami i odzieżą a obok drugi mały pokoik góra cztery metry na trzy mieszczący dwa krosna, trzy krzesła  na których pozują do zdjęć trzy kobiety. I w tym wszystkim popychająca się na wzajem grupa fotografujących kobiety turystów.

Widząc ten cyrk, pierwszą myślą jaka przyszła mnie do głowy było tylko jedno,jak najszybciej uciekać z tego miejsca będącego stworzonym przez Intha połączeniem cyrku z ogrodem zoologicznym. Tylko kto tu robi za małpy a kto za widzów? Małpy to chyba ci z aparatami, jakby mogli to obiektyw by wcisnęli kobietom w..., tak się pchali jeden przez drugiego. Właściwie to czego ja tutaj szukam, przecież to wszystko jest chore jak i całe to jezioro ze swoim otoczeniem. Wszystko pod turystów. Wioski zmienione w żywe skanseny z manufakturami jak nie włókienniczymi to z metaloplastyką. Może za wyjątkiem wytwórni cherootów, tradycyjnych birmańskich cygar. Cygara te wyrabiane są na dwa sposoby, z liści tha-na-phet czyli cyprzynu (Cordia dichotoma) w regionie Shan na wschodzie Birmy, głównie nad jeziorem Inle i w poblizu Mandalaj oraz w Bago (w prowincji Pegu, 80 km na północny wschód od Rangunu). Natomiast w innych regionach Birmy z osłaniających kaczan kukurydzy liści.


Cherooty są łagodne w smaku i wyrabiane z dodatkiem przetartego tytoniu. W niektórych regionach Birmy można spotkać cygara smakowe. W tym przypadku do tytoniu dodawany jest tamarynd z odrobiną cukru lub jaggery (karmel z soku palmowego, w smaku przypominający nasze krówki).



Pseudorybacy w tradycyjnych strojach, z koszem opiętym siatką do połowu ryb robiący cyrk na łodzi na widok każdej zbliżającej się łodzi z turystami, restauracje, sklepy, hotele i luksusowe ośrodki wypoczynkowe, że aż człowieka mdli. Nijak to się ma do tego co pisali inni co przed laty byli w tym miejscu, że to takie magiczne, fantastyczne ba, prawie bajkowe miejsce. Może kiedyś tak ale to pewnie dawno temu musiało być. A jak dawno to, nie prawda. Teraz to szkoda słów, do szczęścia jeszcze tylko tam brakuje jakiegoś Mc Donalada czy KFC i grupy wycieczkowe z Zachodu, szczególnie Amerykanie będą się czuć jak u siebie w domu...


Widząc moją minę i chęć jak najszybszej ewakuacji mój przewodnik poprosił mnie tylko bym jeszcze wziął chwilę na wstrzymanie i posłuchał tego co on i mieszkanki tego domu chcą mnie powiedzieć ale najpierw niech znikną „goście”. Chwilę później jak grupa łagodnie to nazywając „rozgorączkowanych fotografów" ewakuowała się korzystając z chwili spokoju usiedliśmy przy herbacie (oczywiście przy tradycyjnej w Birmie zielonej herbacie parzonej na wodzie z jeziora). Wtedy też dowiedziałem się, że to co widziałem przed chwilą to było „złudzenie optycze" znaczy widziałem to co jest tylko częścia prawdy o tym miejscu. Naprawdę to wygląda wszystko inaczej i też nie jest w różowych kolorach. Mimo odrębnego stroju, mosiężnych pierścieni na szyjach do trzydziestu czterech i których waga wynosi dziewięć kilogramów to są nie jakieś kosmiczne dziwa tylko normalne kobiety kultywujące od ponad ośmiuset lat kareńska tradycję. Mosiężne pierścienie są nakładane dziewczętom na szyję między czternastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia (podobno tylko do tego roku życia jest możliwość wydłużania kręgów szyjnych). Po wydłużeniu szyi kobieta jest skazana na noszenia ich przez resztę życia. Wynika to z tego, że brak pierścieni może spowodować przerwanie kręgów szyjnych czyli skręcenie karku i zgon. Dlatego na czas spoczynku i do snu używają one trzech poduszek, które umożliwiają leżenie na boku.



A to, że tu jest tylu turystów to wynika z tego, że te trzy kobiety z wioski Ywama żyją na specjalnych warunkach. Raz, mają zakaz wstępu do domów zamieszkałych przez Intha. A dwa, za mieszkanie w drewnianym domu na palach (będący ich mieszkaniem, warsztatem włókienniczym i sklepem) muszą płacić czynsz i dzielić się zyskami z właścicielami terenu na którym stoi dom czyli ze społecznością Intha. I tylko dlatego one godzą się na ten cyrk z turystami kiedy umożliwiają im sesje zdjęciowe za opłatą lub pod warunkiem, że ci kupią od nich coś z wykonanego przez nie rękodzieła. Ale by to zrozumieć to trzeba najpierw poznać i zrozumieć tych ludzi a dopiero potem wyciągać wnioski.
Oczywiście przyjąłem ich tłumaczenie do wiadomości ale na tej samej zasadzie jak to było w szkole z rachunkiem różniczkowym i całkowym, rozumiem tylko pojęć nie mogę (tylko, że tę uwagę pozostawiłem dla siebie).



W każdym razie, po cyrku jaki zrobiła grupa wycieczkowiczów w chwili mojego przybycia do „Pyre Thar Tun Pa Taung Hand weaving Centre” w Ywama jak to się teraz nazywa nie miałem już nawet najmniejszej ochoty na robienie zdjęć. Dopiero prośba jednej z kobiet, że - jestem pierwszym, który spojrzał na nie inaczej niż przez obiektyw aparatu fotograficznego prosi mnie bym zrobił im zdjęcie bo to dla nich będzie ważne.



A skoro prosiła, to dla ich świętego spokoju, nie odmówiłem. I patrzcie Państwo, trzeba mi było lecieć aż do Birmy, bym pierwszy raz w życiu usłyszał od kobiety, że jestem jej pierwszym.



W każdym razie po pożegnaniu się, teraz już najkrótszą drogą na skos przez jezioro na moralnym kacu wróciłem do Nyaungshwe. Dwa dni później opuszczając to „magiczne miejsce” jakim podobno jest jezioro Inle z wielką ulgą siedziałem w autobusie opuszczając Nyaungshwe....